wyklad z literatury staropolskiej-2

Mój wykład dotyczy relacji między tzw. „romansem” barokowym (uprawianym u nas jeszcze w XVIII wieku) i powieścią oświeceniową (której czas według takich badaczy, jak Maria Jasińska czy Grzegorz Zając symbolicznie kończy się w 1831 r., kiedy to Kraszewski wydaje Pana Walerego). Z punktu widzenia motywacji interpretacyjnych ,zaproponowanych niegdyś przez Janusza Sławińskiego w artykule Miejsce interpretacji, motywuje mnie potrzeba „innego sensu” (choć nie całkiem innego i nie tylko innego), a dokładniej rzecz biorąc – sprzeciw wobec symbolicznego sytuowania początku powieści polskiej w 1776 roku, w którym Krasicki opublikował Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki. Powieść polska nie powstaje w XVIII wieku; jej poprzednik, czyli tzw. „romans”, wcale nie był romansem, tylko powieścią. Zasadniczo więc biorąc, mamy tu do czynienia z „długim trwaniem” pewnych powieściowych struktur, których powieść oświeceniowa jest tylko pewnym – niezwykle, rzecz jasna ważnym – etapem, a nie początkiem.

Jak wiadomo, pojęcie „długiego trwania” wprowadził Fernand Braudel, który odróżnił od siebie dwa rodzaje, czy też jakby powiedział zainspirowany nim Reinhart Koselleck, dwie warstwy czasu: czas wydarzeń i czas długiego trwania. „Wydarzenie – pisze Braudel w Historii i naukach społecznych – ma charakter wybuchowy, jest „dźwięczną nowiną”, jak mawiano w XVI wieku”. Czas wydarzeń, dodaje w innym miejscu tej samej publikacji, to czas dni, miesięcy, a nawet lat. Przeciwieństwem krótkotrwałego wydarzenia jest struktura.

“Dobre czy złe, [pojęcie to] ma […] w swym władaniu problemy długiego trwania. Obserwatorzy rzeczywistości społecznej przez strukturę rozumieć zwykli pewną organizację, spójność, dość ścisłe stosunki między rzeczywistością a masą społeczną. Dla nas historyków struktura jest zbiorem, architekturą, ale bardziej jeszcze rzeczywistością, którą czas bardzo długo unosi na swoich falach i zużywa w stopniu niewielkim. Pewne struktury, żyjąc bardzo długo, stają się elementami stałymi dla nieskończonej liczby pokoleń; przepełniają historię, utrudniają jej upływ, a zarazem i kierują nim. Inne kruszą się szybciej. Wszystkie jednak są zarazem podporami i przeszkodami”.

Jako przeszkody struktury odgrywają rolę swego rodzaju tam rozwoju – granic, których człowiek nie może przekroczyć. Co to znaczy, że struktury są podporami, tego Braudel nie tłumaczy, bo to chyba dość jasne: „długotrwała” struktura jest podporą tego, co w „krótkotrwały” sposób pozostaje wydarzeniowe. W dziedzinie komunikacji literackiej taką strukturalną podporą jest konwencja, którą w taki czy inny sposób aktywuje nawet najbardziej awangardowy tekst – jest to konieczne, gdyż w innym wypadku byłby całkowicie niezrozumiały (tę dwoistą, aporetyczną właściwość nowości, która nigdy nie jest całkiem nowa, Jacques Derrida nazwał kiedyś iterowalnością).

Kiedy Braudel w Historii i naukach społecznych pisze o długim trwaniu, powołuje się na dwa przykłady. Pierwszy to przykład z dziedziny geografii: człowiek w ciągu stuleci jest więźniem klimatów, typów roślinności, fauny itd. Klimaty, typy roślinności zmieniają się, wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, że dzieje się to jakby w innym czasie niż ten, którym zanurzeni jesteśmy my w swojej codziennej egzystencji (faktem jest, że w dobie hipernowoczesności ów czas ulega znacznemu przyspieszeniu i nie jest już tak „długotrwały”, jak kiedyś – to jednak temat na inna okazję). Drugi przykład, który podaje Braudel, pochodzi już z naszego podwórka.

“Podobne trwałości – pisze historyk – czy też przeżytki, spotykamy także w ogromnej dziedzinie kulturowej. Wspaniała książka Ernsta Roberta Curtiusa [chodzi oczywiście o książkę Literatura europejska i łacińskie średniowiecze] stanowi studium systemu kulturowego, który przedłuża łacińską cywilizację późnego cesarstwa, przez swoje wybory dokonując jej deformacji, cywilizację, która sama ugina się pod ciężarem ogromnego dziedzictwa: aż po XIII i XIV wiek, do czasu narodzin literatur narodowych, kultura elit intelektualnych żyła tymi samymi tematami, tymi samymi porównaniami, tymi samymi stereotypami i oklepanymi banałami”.

W odniesieniu przynajmniej do powieści stwierdzenie Braudela nie jest prawdziwe: zanurzona w czasie powieść unika dwóch biegunów: jej rozwój w nawet najbardziej rewolucyjnych momentach nie stanowi zerwania z tym, co wcześniejsze (nie pozwala jej na to iterowalność), nie jest też jednak  serią „wiecznych powrotów tego samego”, o których w odniesieniu do Curtiusa pisze Braudel. Powieść wybiera trzecią drogę: jest nią przemieszczenie. Pojęcie „przemieszczenia” (displacement) wprowadził Northrop Frye do oznaczenia relacji między dwoma rodzajami pisarstwa: mitem i literaturą oraz między romansem i powieścią. Literatura nie jest w tym ujęciu ani zaprzeczeniem, ani powtórzeniem, lecz przemieszczeniem mitu. I tak samo powieść nie jest ani zaprzeczeniem, ani powtórzeniem, lecz przemieszczeniem „romansu” (Frye w przeciwieństwie do mnie postulował zachowanie tego pojęcia).

Northrop_Frye

Northrop Frye

Frye’owskie przemieszczenie to uwiarygodnienie, urealistycznienie. Tak pisał o tym w The Secular Scripture. A Study of the Structure of Romance (1976):

“Kiedy w osiemnastym wieku powstała powieść, objawiła się społeczności czytającej podobną do formy romansu prozą. To jasne, że powieść była realistycznym przemieszczeniem romansu i miała niewiele cech strukturalnych jej tylko właściwych. Robinson Crusoe, Pamela, Tom Jones [ale także, dodajmy koniecznie, Doświadczyński, Malwina Wirtemberskiej, Pan Antoni Skarbka itd.] posługują się w dużym stopniu tą samą ogólną strukturą romansu, ale adaptują ją, by sprostać wymaganiu większego dostosowania do potocznego, zwykłego doświadczenia”.

„Kiedy w XVIII wieku powstała powieść”… Historycy powieści zwłaszcza angielskiej i polskiej lubują się w przekonywaniu nas, że dzieje powieści rozpoczynają się od XVIII wieku. Dwa znamienne przykłady: 1) wciąż najbardziej u nas wpływowa (i słusznie, bo to wielka książka!) obcojęzyczna praca na temat powieści oświeceniowej nosi tytuł Narodziny powieści. Studia o Defoe’em, Richardsonie i Fieldingu. 2) Stwierdzenie Juliana Krzyżanowskiego z książki Romans pseudohistoryczny w Polsce wieku XVI:

“Romans staropolski, pojawiwszy się u nas w pierwszych dziesiątkach lat epoki Zygmuntowskiej, prowadzi przez dwa i pół wieku ciekawy i bogaty żywot, by wreszcie zamrzeć powoli z nastaniem czasów Stanisławowskich, w których ustępuje miejsca powieści nowoczesnej, zainaugurowanej Przypadkami Mikołaja Doświadczyńskiego. Rok bowiem 1776, datę pojawienia się powieści Krasickiego, istotnie można uważać za słup graniczny w dziejach romansu staropolskiego”.

Według więc powszechnej opinii w XVIII wieku romans odchodzi w niepamięć i pojawia się powieść. Mówiąc tak, historycy literatury powtarzają pewien historycznoliteracki topos, który ugruntował się w Anglii w XVIII w., a który najwyraziściej doszedł do głosu w tekście Clary Reeve The Progress of Romance (1785):

ClaraReeve

Clara Reeve

“Romans to opowiadanie bohaterskie traktujące o bajkowych (fabulous) postaciach i sprawach. Powieść jest obrazem realnego życia i obyczajów, i czasów, w których została napisana. Romans napisany jest podniosłym i patetycznym językiem, opisuje to, co się nigdy nie zdarzyło i nie mogło zdarzyć. Powieść przynosi potoczną (familiar) relację o takich sprawach, jakie zdarzają się codziennie przed naszymi oczyma, jakie mogą się przydarzyć naszemu przyjacielowi czy nam samym, a jej doskonałość polega na tym, by przedstawić każdą scenę w sposób dostępny i naturalny oraz sprawić, by wydały się one tak prawdopodobne, że wywołują w nas złudzenie (przynajmniej podczas lektury), iż wszystko to jest realne i wzrusza nas radościami i strapieniami bohaterów tej historii, jakby były one naszymi własnymi” (przekł. H. Markiewicza).

Opozycja ta jest ponętna (jak każda zresztą opozycja), problem w tym, że nie da się jej utrzymać i domaga się podręcznikowo wręcz ujętej dekonstrukcji: zaburzenia czystej relacji przeciwieństwa poprzez wykazanie, że pewne elementy jednego członu opozycji zawierają się w drugim. Jeśli już chcemy utrzymywać podział na „romans” i powieść, to tylko za cenę pojmowania go na taki sposób, według którego powieść ujawnia swoją romansowość, a romans – powieściowość.

Pokażę to najpierw na przykładzie „pierwszej powieści polskiej”, czyli Doświadczyńskiego. Oto jej schemat fabularny:

Adventures_of_Mr_Nicholas_Wisdom_Cover
Okładka pierwszego wydania Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków z 1776 r.
  • główny bohater, zakochany w pięknej pannie młodzieniec, z powodu przeciwności losu
  • Wyrusza w podróż okrętem, przeżywa burzę i dostaje się na nieznany ląd,
  • udaje mu się jednak miejsce to opuścić.
  • Powraca w miejsce, z którego wyruszył, i żeni się z dziewczyną, którą wciąż kocha (wcześniej rozpoznawszy ją przy pomocy pierścienia – ten nader sztuczny, konwencjonalny motyw w ogóle nie został odczuty przez Krasickiego jako sztuczny i zostaje po prostu przejęty z „romansów”).

Ten schemat fabularny jest prawie (przemieszczenie a nie wieczny powrót tego samego!) taki sam, jak schemat każdego klasycznego miłosnego romansu od Heliodora i jego Etiopik począwszy, a na wyśmiewanym na kartach Doświadczyńskiego Kolloandrze z XVIII w. skończywszy. Do tego prawie jeszcze wrócimy.

Niewątpliwie jedną z funkcji, jaką miał spełnić utwór Krasickiego, była funkcja dydaktyczna, a zatem, identycznie jak w „romansach”, w powieści oświeceniowej nie zmaterializował się jeszcze podział substancjalnego rozumu i odpowiadających mu ludzkich aktywności, o których w odniesieniu do początków nowoczesności pisał Habermas w Modernizmie – niedokończonym projekcie. Owe trzy aspekty jednego rozumu to prawda, słuszność normatywna i piękno. Zarówno Doświadczyński, jak i Kolloander to wciąż – przynajmniej w tym jednym aspekcie – powieści przednowoczesne: mają uczyć i wychowywać i jeszcze nie odnalazły swojej własnej powieściowej, jak by powiedział Kundera, moralności, którą jest poznanie. Czas na Panią Bovary i Lalkę jeszcze przyjdzie.

Również strategia narracyjna, którą Barbara Fuchs w książce Romance określiła jako fundamentalną dla romansowości, jest ta sama, jak w powieściach przedoświeceniowych. Utwór Krasickiego to powieść przygody, w której podstawową rolę odgrywa dialektyka przyspieszania i odraczania momentu narracyjnego spełnienia, opisana przeze mnie w Gramatyce romansu zasada ambiwalencji oraz akcja obiektywnych i subiektywnych napięć emocjonalnych.

Ale przecież każdy, kto choć odrobinę zagłębił się w świat dawnych powieści, bez trudu dostrzeże, że „romans” nie „nawiedził” po prostu tekstu Krasickiego jako taki: nie z powtórzeniem, lecz przemieszczeniem tego samego mamy tu przecież do czynienia. I tak:

  • Miłość Mikołaja do Julianny jest raczej parodią romansowych zakochań – scena w lasku, od której ta miłość się rozpoczyna, przedstawia nam nie początek miłości, ale performatywne jej wytwarzanie – dlatego w nieznane Mikołaj wyrusza nie wspólnie z Julianną, ale sam. Poza tym protagonista zakochuje się w bohaterce nie dlatego, że został trafiony strzałą Kupidyna, ani nie dlatego, że miłość ta po prostu na niego spadła bez żadnych uzasadnień, ale dlatego, że naczytał się książek, które czytelnik modelowy powieści powinien znać z własnego doświadczenia.
  • Obce miejsce, do którego bohater romansu zawsze docierał po to, byśmy z wypiekami na twarzy czytali opisy obcości, inności, egzotyki – w Doświadczyńskim zostaje inaczej sfunkcjonalizowane: nie egzotyka Nipu, ale nauka, którą możemy do siebie zastosować, jest tu ważna.
  • Choć pojawiają się w tej powieści wyrzekania na okrucieństwa fortuny, to jednak znamienne, że jest to „fortuna” pisana małą, a nie wielką literą, a zatem są to już sekularne lamenty na okrucieństwo przypadku, a nie – jak to było jeszcze w romansach – na przewrotną i nieczułą boginię losu.
  • Wykłady Xaoo, których wysłuchuje Mikołaj, nie dotyczą tego, jak powinno wyglądać dobre życie jako takie, ale odnoszą się – choć w ukryty sposób – do aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce.
  • Przeciwnicy, których napotyka na swej drodze Mikołaj, nie są jakimiś abstrakcyjnymi piratami, ale całkiem konkretnymi handlarzami niewolników czy przedstawicielami Inkwizycji.
  • Mamy tu zatem do czynienia z przemieszczeniem romansowości, o którym, jak pamiętamy, pisał Frye jako u urealistycznieniu, uwiarygodnieniu.

A jak rzecz się ma z romansowością pozostałych powieści polskiego oświecenia? Nie ma sensu, rzecz jasna, tropienie obecności struktur romansowych w każdej z jej odmian (wymienia się zwyczajowo powieść edukacyjną, powieść traktat, powieść historyczną, powieść czułą, powieść gotycką, powieść obyczajową), wystarczy skupić się na powieści tematycznie najbliższej romansom, czyli powieści czułej, uprawianej na początku XIX wieku przez takich pisarzy, jak Wirtemberska, Bernatowicz czy Kropiński. Marteau_Maria_Anna_Czartoryska

Maria Wirtemberska, pastel Ludwika Marteau, ok. 1780

Między tzw. romansami a powieściami miłosnymi z początku XIX wieku wydarzyło się zbyt wiele, żeby można było mówić o tożsamości: najogólniej rzecz biorąc na kształt powieści czułej wpłynęła nowa antropologia rousseau’owska i nowa koncepcja relacji między językiem i afektem, która odróżnia romans od powieści wręcz radykalnie. Z jednej strony koncepcja podmiotu dwornego, czyli podmiotu zdyskursywizowanego (takiego, który samego siebie oraz własny afekt odczuwa jako mieszczące się w języku). Z drugiej – koncepcja podmiotu sentymentalnego, która między triadę podmiot – miłość – język wprowadza rozziew, rozziew, który ma oczywistą wykładnię stylistyczną: gdy przeanalizujemy wypowiedzi kochanków sentymentalnych, zobaczymy, że są to wypowiedzi znaczone wielokropkami i wykrzyknieniami, co jest śladem niemożności panowania podmiotu zarówno nad afektem, jak i miłością.

Ale przecież wciąż w powieściach Kropińskiego, Bernatowicza czy Wirtemberskiej nie mamy do czynienia z zuchwałością Goethego i Byrona, czy nawet Rousseau, u których jednostka rzuca wyzwanie temu, co Barthes nazywał doksą, pewnej stereotypowej moralności; wprost przeciwnie: są to cały czas powieści sprzed nowoczesnego podziału, o którym mówiłem przy okazji powieści Krasickiego. Bohaterem dalej jest ta sama para, choć już w postaci przemieszczonej: on zajmujący się wojaczką odważny, honorowy żołnierz (niegdyś był to rycerz), ona – arystokratka. Wciąż poza tym centralną pozostaje koncepcja miłości jako cierpienia (skąd wynikają najróżniejsze gry w odwlekanie momentu spełnienia lub po prostu kult czystości oraz specyficznie romansowa melancholia bohaterów). A zatem rację miała Barbara Fuchs, pisząc:

“Zarówno jako narracyjna strategia, jak i w formie specyficznych nawiązań do gatunku, romansowi udaje się przetrwać również w tych rodzajach fikcji, które są mu najczęściej przeciwstawiane: „prawdziwej” noweli lub powieści realistycznej. Ta pozorna opozycja ukrywa często spotykaną zależność nowszych form realizmu od starszych struktur romansowych”.

Dlaczego do tej pory praktycznie nie dostrzegano i nie opisywano tych zależności? Dlaczego zawsze, niemal w każdym opisie (zwłaszcza w angielskiej i polskiej literaturze przedmiotu) powieść oświeceniowa rozpoczyna się jako zerwanie z „romansem” barokowym? Dlaczego nie dostrzegano długiego trwania czy też raczej „długiego-trwania-poprzez-przemieszczanie”?  Odpowiedź na to pytanie domaga się uruchomienia języka metadyscyplinarnego. Historia literatury w Polsce uprawiana jest według podziału na epoki literackie: sam ten podział wymusza na badaczach opisywanie literatury z punktu widzenia historii wydarzeniowej – tej, która podkreśla nagłość nowości i zerwania. Historia literatury zna oczywiście zerwania, potrzebujemy jednak szerszej perspektywy, która pozwoli nam na dostrzeżenie, że są one zawsze nowościami względnymi, zasadzającymi się na fundamencie bardziej długotrwałych struktur. Taka opowieść będzie możliwa tylko wtedy, gdy odważymy się na bardziej panoramiczne pojęcia. Co ciekawe, dysponujemy już nimi – tego rodzaju pojęciem jest np. “nowożytność” – zaskakująco jednak rzadko myślimy przy ich pomocy. Mam nadzieję, że dzisiejszy wykład skłoni Państwa do większej odwagi w tym względzie.

(wszystkie zdjęcia: Wikipedia)

17623032_1277074205662105_1976405673_o

Advertisements